Media Rzeszów

Odwiedziło nas:

praca forum fejs program

PODRÓŻE

Podróżny szlak

Dodano: 07.08.14 09:40


pod85371302

Kilkanaście lat temu, gdy byłem w Debreczynie, Istvan, u którego wynajmowałem kwaterę radził, żeby nie jechać do Oradei, bo Rumuni mnie oskubią, ukradną auto z parkingu no i w ogóle „…nie ma po co jeździć do Cyganów…”. Cóż, nie zniechęcił, raczej pobudził wyobraźnię.

Z Istvanem rozmawialiśmy o czasach przeszłych, w których nie bardzo byłem zorientowany. Owszem o monarchii Habsburgów, o cesarstwie austro-węgierskim wiedziałem tyle, ile wyniosłem z lekcji historii powszechnej z liceum, z literatury, także z filmu. Nie znałem natomiast nastawienia mentalnego do przeszłości współczesnych Madziarów, jak to się kształtuje, ile w tym cech genetycznych – jeżeli tak to można określić.


Z tych rozmów przy dobrym winie tokaj dowiedziałem się m.in. że dawna nazwa Oradei to Nagyvarad i – choćby nie wiadomo jak tłumaczyć – faktów historycznych nie da się zmienić. Nagyvarad to miasto węgierskie. Jak setki innych, dodał Istvan. A wszystko to padło po paskudnym dla nas, uważa Istvan, traktacie z Trianon.


Z historycznych opracowań dowiedziałem się, iż miasto pod łacińską nazwą Varadinum istniało już w XI stuleciu. W 1093 r. król węgierski Władysław I Święty doprowadził do powstania biskupstwa. Miasto stało się jednym z ważniejszych grodów Królestwa Węgier, a jego katedra miejscem pochówku królów Stefana II, Zygmunta Luksemburskiego, Marii Andegaweńskiej, Andrzeja II. W katedrze przechowywany jest także relikwiarz z drzazgą czaszki św. króla Władysława. Po kanonizacji Władysława w 1192 roku stało się również znanym celem pielgrzymek. Jak podają źródła historyczne w 1412 roku do grobu swojego patrona pielgrzymował król Polski Władysław Jagiełło.


Rozwój miasta zahamowało jego zniszczenie podczas najazdu tatarskiego w 1241 r. Przez długie lata Nagyvarad odzyskiwał dawne znaczenie. W mieście pracował Georg von Peurbach, skutkiem czego była Tabula Varadiensis. od 1445 biskupem Waradynu był Jan Vitéz, protektor Grzegorza z Sanoka. Losy w 1541 rzuciły ją w granice Księstwa Siedmiogrodzkiego, zależnego od Imperium Osmańskiego. Od XVIII wieku - już w granicach państwa Habsburgów – miasto zaczęło odzyskiwać swą świetność. To wówczas wiedeński architekt Franz Anton Hillebrandt zaprojektował przebudowę miasta w stylu barokowym. Rozkwit przyniósł miastu wiek XIX, gdy stało się ważnym centrum gospodarczym i kulturalnym.


Po rozpadzie Austro-Węgier Nagyvarad znalazł się w granicach Rumunii, mimo, iż większość stanowili w niej Węgrzy. Po drugim arbitrażu wiedeńskim miasto powróciło do Węgier w 1940, ale w wyniku traktatu paryskiego ponownie znalazło się w granicach Rumunii w 1947 - faktycznie od października 1944, po zdobyciu miasta przez Armię Czerwoną.


Z tym bagażem wiedzy, mimo wszystko, pojechałem z Debreczyna do Oradei, wbraw Istvanowi, w czasie, gdy Rumunia jeszcze była daleko od bram Unii Europejskiej, a waluta narodowa była w relacji mocno fantastycznej - z euro, dolarem czy nawet złotówką. Za sto tysięcy lei kupiłem sobie niezłą koszulę – to na marginesie.


Istotnie, miasto w tym nowym już czasie, pachniało jeszcze socjalizmem, co najdobitniej ilustrował ciąg fabrycznych złomowisk po lewej stronie drogi, tuż za granicą węgiersko-rumuńską. Konieczny postój na czerwonych światłach ośmielał dzieciaki ze zmartwieniem i agresją na twarzy, do pukania w szyby, wyciągania rąk w żebraczym geście.


Zaparkowałem samochód na dużym placu, nad rzeką Kriszulą, między mostem a synagogą – jak się później okazało zamkniętą, przy której spotkaliśmy, wraz z przyjaciółmi, kilka kotów, psa i Żyda mówiącego w kilku językach. Zgodził się za co łaska opowiedzieć coś o swej świątyni, ale szybko zszedł na Holocaust, na napisy zawierający listę nazwisk Żydów węgierskich – jak dodał z naciskiem – którzy zginęli m.in. w Auschwitz. Synagoga zamknięta, chyba nie będzie odnawiana – takie były jego refleksje.


Auto stało na parkingu, nikt się nim nie zainteresował. Barokowa zabudowa centrum odarta ze swego naturalnego piękna, gdzieś w pustych pasażach brudne witraże wskazywały, iż architektura wnętrz mogą być imponująca. W każdym razie wrażenie było przygnębiające. Przemknęliśmy przez centrum tłumiąc w sobie refleksje z krótkiego pobytu w mieście niby węgierskim, ale w granicach Rumunii. Lampka wina cotnari w knajpeczce przy Strada Fagului, niepowodzenie w kantorach wymiany walut (angielski funt to waluta raczej egzotyczna o złotym nie wspominając) i zjazd do Debreczyna. Przydusiła mnie atmosfera. Może dlatego, że u nas już było inaczej, także na Słowacji, na Węgrzech o Czechach nie wspominając.


W tym roku, będąc w pobliżu, nie miałem wątpliwości, że trzeba tam jeszcze raz pojechać, żeby przekonać się, że jednak coś się zmieniło. Pewność? Przypuszczenie? Pojechałem starym szlakiem w nową rzeczywistość Unii Europejskiej. Niestety, posterunek graniczny nadal daje pracę rumuńskim funkcjonariuszom. Wprawdzie niebieska flaga z gwiazdami trzepoce obok rumuńskiej, to jeszcze nie strefa Schengen. Więc paszport niezbędny, albo dowód osobisty.


Zajechałem przed ten sam parking, miedzy synagogą, a mostem nad Kriszulą, tyle że nie było wolnego miejsca, żeby się wcisnąć. Samochody miejscowych, turystów zagranicznych – spory ruch, dzień letni, powszedni. No i uczucie podstawowe – przyjemne zdziwienie. Z secesyjnej architektury wydobyto i wyeksponowano wszystkie detale, w pasażach, gdzie witraże wyznaczały przestrzeń, ulokowały się kafejki, restauracje, wydzielające przyjemną woń smaków… węgierskich.


Ruszamy przez most w kierunku Strada Fagului, miejskiego deptaku. Po lewej stronie czterosobowe zgromadzenie – artystów i poetów, których uhonorowano wyjątkowym pomnikiem z informacją na płycie w chodniku: pamięci fundatorów towarzystwa literackiego. Wśród nich jest Gyula Juhasz, Akos Dutka, Andre Ady i Tamas Emod. Artyści słowa, poezji i prozy. Ich nazwiska jednoznacznie zdradzają korzenie węgierskie. Na dodatek pisane są wedle węgierskiego zwyczaju – najpierw nazwisko, potem imię. Witryny sklepowe nie powtarzają uniwersalnych, europejskich akcentów. To dobrze, jest to przecież miejsce tak centralne, że aż byłby wstyd nie pokazać wyrobów własnych, zaprezentować swojskie smaki.


Turyści zwracają jednak uwagę na architekturę, pięknie odnowioną, bądź w trakcie odnowy. Pieniądze płyną z Unii Europejskiej i – widać to dobitnie w Oradei – nie są marnowane. W mieście do najciekawszych obiektów zabytkowych można zaliczyć - katedrę barokową, jednocześnie największą katedrę rumuńską, twierdzę, zbudowana na planie pięciokąta, doskonale zachowaną i stanowiącą dziś siedzibę uniwersytetu oraz Instytutu Sztuk Pieknych. Kolejny obiekt sakralny to cerkiew, która architekturą cerkwi nie przypomina. Nie ma kopułek. We wnętrzu bardzo bogaty ikonostas, a na wieży niezwykły mechanizm zegarowy, pokazujący fazy księżyca.


Dziś Oradea to miasto wielkości Torunia, będące stolicą historycznej krainy Kriszana i zarazem jedno z najlepiej rozwiniętych miast Rumunii. Podobnie jak Toruń jest miastem uniwersyteckim. Jak już wspomniałem przez wiele stuleci w Oradei przeważała ludność węgierska, a Nagyvarad był najbogatszym miastem Węgier. Cały XX wiek to zmiany demograficzne w kierunku przewagi ludności rumuńskiej na niekorzyść Węgrów. Dziś w Oradei Rumuni stanowią ok 70 proc. a Węgrzy zaledwie 28 proc. ludności.


Z Debreczyna do Oradei jest ponad 70 km. Granica w Artand i po kilku kilometrach Oradea. Już gdy mówię o przejściu granicznym Istvan się krzywi. Żeby się rozpogodził dodaję, że znaki drogowe jednak są dwujęzyczne.


- Powinny być tylko w jednym języku – oponuje. – Węgierskim oczywiście! Wszystko przez ten p…. y traktat z Trianon. Niestety, nasza historia nas mocno dołuje, nic na to nie poradzimy. Dwie trzecie obszaru państwa wtopiło się w sąsiadów, utraciliśmy dostęp do Morza Adriatyckiego, o milionach ludzi żyjących w Chorwacji, na Słowacji, w Serbii, Rumunii, na Ukrainie, w Austrii, Słowenii nie wspominając. Konsekwencje tego stanu są do dziś. Cóż, napijmy się wina. Może być tokaj?


- Wyłącznie! – jesteśmy zgodni.



Oprac. i fot. Bogumił Drogorób


„Extra Brodnica”


Zobacz również: