Media Rzeszów

Odwiedziło nas:

praca forum fejs program

SPORT

Tragedia, która dosłownie dodała mu sił...

Dodano: 31.07.17 15:22


spo13042954

Ma dokładnie 30 lat i od kilkunastu trenuje kulturystykę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że od siedmiu lat Karol Milewski porusza się na wózku. Ale nawet wypadek, któremu uległ nie załamał go i nie zniechęcił do uprawiania pasji. Wręcz przeciwnie. Dodał mu determinacji, dzięki której chce udowodnić, że w tym co robi jest po prostu najlepszy!

Chciał wyglądać jak Arnold


Kulturystyką zaczął interesować się dość wcześnie. - Kiedy miałem siedem czy osiem lat, jak chyba na większości chłopaków, ogromne wrażenie wywarły na mnie filmy z Arnoldem Schwarzeneggerem. Dziesiątki razy oglądałem "Conana" i "Terminatora". Wtedy zapragnąłem wyglądać tak, jak mój idol - wspomina Karol.


Początkowo podciągał się na drzewie i trzepaku. "Profesjonalnie" kulturystyką zajął się w wieku czternastu lat. Pierwszymi przyrządami, na których trenował była ławeczka zbita ze skrzynek i sztanga z rury ogrodzeniowej, na której końcach przymocowane były zalane betonem wiaderka. Później u kolegi w piwnicy wraz z kumplami z podwórka zaaranżowali domową siłownię. Na taką prawdziwą poszedł trzy lata później.


Trenował już kilka lat. Myślał nawet o zawodach kulturystycznych, ale zawsze górę brały obawy czy uda mu się coś na nich osiągnąć. I kiedy zaczął nabierać większej wiary w siebie, doszło do tragedii.


Cud się nie zdarzył


Był 2010 rok. Karol miał wówczas 23 lata. Wracał samochodem z pracy do domu. Nie ukrywa, że dość szybko. Uwielbiał i nadal uwielbia adrenalinę. - Ale jechałem prawidłowo. Swoim pasem, na zielonym świetle. Nagle z zatoczki wyłoniła się taksówka. Chcąc uniknąć zderzenia, próbowałem ją ominąć. Wtedy auto wpadło w poślizg. Dachowałem. Obudziłem się dopiero w szpitalu - opowiada o feralnym dniu.


Diagnoza brzmiała okrutnie, jak dla tak młodego człowieka, przed którym całe życie. Wielokrotne złamanie kręgosłupa. I, co najgorsze, już nigdy nie będzie mógł stanąć na nogi. - - Zawsze i wszędzie było mnie pełno. Ciężko było mi usiedzieć dłużej w jednym miejscu. Chyba miałem wrodzone ADHD - śmieje się Karol. - Tym bardziej trudno było mu się oswoić z myślą, że nie będzie mógł chodzić. Wierzył w cud, który za kilka tygodni pozwoli mu o własnych siłach pójść na spacer w góry. Cud się jednak nie zdarzył... Dopiero po sześciu tygodniach bezwładnego leżenia w łóżku, był w stanie przewrócić się na bok.


W końcu został mistrzem


Nie załamał się. Wręcz przeciwnie. Wypadek dodał mu sił do dalszego działania. - I tak przecież siedziałem bezczynnie w domu. Postanowiłem coś z tym zrobić. Zacząłem ćwiczyć w domu. Najpierw pompki. Później, pod choinkę dostałem od szwagra zestaw skręcanych sztang. I to wszystko, na co mógł sobie wtedy pozwolić w domowych warunkach - opowiada.


Ten stan trwał rok. I wcale nie było mu łatwo. Przyznaje nawet, że trochę wstydził się pokazać ludziom.


Akurat po roku otworzyli nową siłownię naprzeciw bloku Karola. Początkowo na zajęcia z fitnessu uczęszczała tam jego dziewczyna. W końcu i on postanowił się przełamać. Miło zaskoczył go właściciel salonu, który pozwolił mu na darmowe korzystanie z obiektu.


Wtedy też wrócił do myśli o zawodach kulturystycznych. W kategorii dla niepełnosprawnych ma już na swoim koncie mistrzostwo Polski, Europy, a nawet świata. - O tych ostatnich dwóch tytułach mówię dość niechętnie, bo w obydwu przypadkach startowali w nich sami Polacy. Traktuję je więc nadal jak mistrzostwa Polski. Ale, daj Boże, jeszcze wszystko przede mną - uśmiecha się Karol.


Nigdy nie został sam


Mimo wypadku, nie dzieli swego życia na przed i po nim. Przyznaje, że teraz wielu rzeczy sam zrobić nie może, ale podkreśla że zawsze mogło być gorzej. - Mogłem na przykład stracić zupełnie nogi. Więc mimo wszystko jestem wdzięczny losowi, że tak to się powiedzmy szczęśliwie skończyło - dodaje.


Ze swoją partnerką związał się jeszcze kilka lat przed tragedią. Nie ukrywa, że obawiał się rozstania po kraksie. Dziewczyna okazała się silną i odpowiedzialną. Wspierała go w tych najtrudniejszych chwilach. Dziś są rodzicami dwójki dzieci. Starszy syn ma 6 lat, młodszy niespełna trzy.


Chłopcy już próbują iść w ślady taty. Prężą się przed lustrem. - Zabawnie to wygląda. Nie zamierzamy im niczego narzucać. Niech kiedyś sami zdecydują, co chcą robić w życiu i czy wolny czas będą spędzać na siłowni ze swoim staruszkiem - śmieje się Karol.


Kuchnia, auta i... największe marzenie


Karol z zawodu jest kucharzem. Obecnie może się w niej spełniać przygotowując jedynie posiłki dla najbliższych. Poza tym szkoła gastronomiczna bardzo przydaje mu się przy treningach personalnych, układaniu diet dla innych zawodników i przygotowywaniu ich do zawodów, bo teraz tym w dużej mierze się zajmuje.


Na siłowni nikt nie patrzy na niego jak na kosmitę. Wręcz przeciwnie. Nawet naszą rozmowę co chwilę przerywają przywitania z kolegami. Zdarza się, że podchodzą do niego inni ćwiczący i gratulują determinacji. Niektórzy nawet dziękują za inspirację. Patrząc na tak wyrzeźbionego faceta na wózku, zaczynają wierzyć, że i oni mogą zrobić coś ze swoim wyglądem.


Poza siłownią jego największą pasją jest... motoryzacja. Zawsze lubił dłubać przy samochodach. W młodości jeździł też na motorach. Dziś też porusza się specjalnie przystosowanym samochodem. Łapiąc przy okazji jakąś pracę na zlecenie. - Warkot silnika kochałem od zawsze. Wypadek nie zdołał zmienić moich uczuć - śmieje się.


Jego największym marzeniem - choć wie, że to niewykonalne - jest stanąć na własnych nogach. Poza tym chciałby wziąć udział w zawodach w Stanach Zjednoczonych, które organizuje między innymi jego idol z dzieciństwa. Stanąć w szranki nie tylko z rodakami, ale i zawodnikami całego świata i pokazać im, że jest... najlepszy!


MARCIN KALITA


Fot. Marcin Kalita



spo_spo130429542

Zobacz również: